Z rejestru strasznych snów. 2008-02-13 21:58:51

Witaj, 

   Mam wrażenie, ze wszystko wokół krzyczy. Wszyscy krzyczą. Albo płaczą. Najczęściej jedno i drugie.
Zamykam drzwi.
 U mnie nie było żadnej śmierci, nigdy nie widziałam kremacji Prawiematki, nie było pogrzebu, na którym nie było niebotycznej ilości ludzi, ani nie było kwiatów.
Nie ma żadnej żałoby, nie chodzę ubrana na czarno i nie mam w głowie czarnej rozpaczy. Nie ma wyłączonych dzwonków w telefonach, ani wyłączonych wibracji i niewidocznego statusu.
Za to przy stercie kluczy nadal są te, od trzeciego domu, od trzeciej części serca, na wszystkie okazje wciąż jest ta sama ilość prezentów, wciąż dzwonię pod te same numery, czasem tylko ktoś nie odbiera i trochę się smucę.
   Kiedy Cie dotykam i całuję, to tak, jakbym dawała wszystko, co mam. Ale Ty tego nie dostrzegasz, bo moje wszystko to widocznie wciąż za mało. No cóż.
   Zamiast z Tobą, spałam dziś z przyjaciółką na jej wielkim łóżku, wtulona w jej poduszki, uśpiona niebotyczną ilością earl grey’a i prawie spokojna daleko od wszystkich trzech domów. Śniły mi się dziwne rzeczy i czułam noc na zasłonkach, chodziła po pokoju, chciała zdjąć mi bieliznę.  Nie pozwoliłam. Biegałam po lesie i zgubiłam kolczyki, które dostałam od Mamy. Musiałam płakać, płakałam jak głupia, po drodze zgubiłam też zegarek od Taty i tomik wierszy z dedykacją od Parawiemamy. Płakałam i płakałam, brakowało powietrza, hiperwentylowały się płuca, czułam zapach ściółki.
Ale potem juz nic, już było lepiej. Słońce przebiło się przez korony drzew i zaśpiewały ptaki, których nazw nigdy się nie nauczę.    
   Może gdybym była TAM naprawdę, to TU czułabym inaczej…
Ale mam taką w sobie wielką dziurę, na jedną trzecią serca, taką przestrzeń z gumy do żucia, która mieści więcej niż cały wszechświat, niż wszystko. Codziennie rano się budzę i czuję, że coraz więcej tego wszystkiego mnie, a mówili, że czas leczy rany.
Ale przecież ja nie mam ran, u mnie nic się nie stało, tylko teraz jakoś inaczej wygląda świat…N
ie mogę wstać, jestem taka ciężka, nieporadna, moja siła nie mieści się w moich rekach. 
   Przepraszam, że piszę tak do Ciebie.  Jestem przekonana, że nie zrozumiesz, a  pewna, że jeszcze skrytykujesz.
Wierzę, że czas się skurczy, że zmieści się w jednym kubku herbaty z płatkami chabrów, że jutro wystarczy mi go na chowanie się w kolejne pozory, w których mi tak bezpiecznie. I że nikt nic nie zauważy.
   Myślę o ciszy w głowie. Muszę się uspokoić, JA KTÓRA JESTEM potrzebuję przytulić się do JA KTÓREJ NIE MA. Nie chcę już odbierać świata każdym zmysłem, boję się otwierać serce na nowe. Czuję się coraz mniejsza, jakby nagle kurczyły się wszystkie z moich komórek, jakby wszystko wypływało ze mnie jakbym razem z tym smutkiem i łzami we śnie, traciła krew , a oddech traciła naprawdę.
   Marzenia i przyszłość stały się czystą abstrakcją, czystą jak wódka w kieliszku, czystą, jasną, klarowną, straszną. Coraz częściej się boję. Ja- taka zajebiście dzielna, wychwalajcie, oddawajcie pokłony dla tej, która nigdy się nie złamie. 
   Strach przed tym, co się NIE STAŁO, równo dwa tygodnie temu przestał być krasnoludkiem schowanym głęboko w szafie.
Urósł do rozmiarów wszechświata i siedzi we mnie, dokucza boleśnie i nie pozwala mi żyć.

A.

skomentuj (22)

Breathe me. 2008-01-12 23:49:44

W całym bloku pachnie kawą, nagle uświadamiam sobie, że to z mojego mieszkania, że to z mojej kuchni, że wchodzę przez otwarte drzwi, siadam na krześle, w kurtce i butach, cała zdziwiona, cała zakochana w tym cudownym zapachu. W kuchni pachnie kawą z cynamonem, w moim pokoju pachnie kawą z likierem, który jakoś tak ostatnio przypadkiem, w korytarzu kawa z czekoladą mami mnie za każdym razem, kiedy przemieszczam się sennie, przesuwam po cichu, jak kot ocierając się o wszystkie ściany, do kuchi, kolejny kubek, trzy kawy, dwie herbaty, dużo wody, mało czasu.
Mruczę pod nosem jakies kołysanki sama sobie, chodzę na most Poniatowskiego i obserwuję z góry, wieczorem, sznury samochodów, które, kiedy mają włączone światła stopu, wyglądają jak niesamowicie długi sznur koralików, wracam z tym blaskiem w oczach do rzeczywistości, na Nowym Świecie ktoś gra na cymbałkach, na przeciwko coffee heaven, nie mam czasu się zatrzymać.
Z nieba spadają mi gwiazdy, prosto na ręcę, nad głową latają samoloty, tak często, tak nisko, ze czasem mam wrażenie, że jak podskoczę wyżej, to złapę się takiego skrzydła i polecę prosto w chmury. Miło jest mieszkac blisko lotniska, ten hałas jest i tak niczym w porównaniu z tym hałasem, jakim mam w głowie.
Przykrywam się kołdra po same uszy, czasem chowam się w tą kołdrę cała, może zniknę, możę tym razem się uda. A potem znowu wstanę, smutna, z łózka, pójdziemy na łyżwy i będziemy słuchać radiowej trójki, wrócimy do domu, napijemy się kawy i pójdziemy spać znowu. Uroczo wręcz spędzony czas.
Dziwne myśli, złe, w mojej głowie, czasami wyobrażam sobie, jak to jest skakać z Pałacu Kultury i Nauki, albo jak to by było, gdyby koleżankę przejechał tramwaj, co się stanie, jesli wejdę pod tą ciężarówkę, albo nie, ta jest brzydka, pod tamtą!
Złote Tarasy mienią mi się w oczach, gdy obok nich przejeżdzam, Wola Park migocze świątecznymi jeszcze dekoracjami, gdy koło niego przechodzę, bez względu na okolicznosci wysiadajac ze wszystkich autobusów na przystanku "Ciołka", 3 km od mieszkania. Umyj trzy razy ręce po powrocie do mieszkania, zaparz trzy herbaty, umyj trzy kubki, trzy razy włącz i wyłącz komputer, uporzadkuj trzy poduszki.
Spotkaj kolejnych dziwnych ludzi, poznaj, zapomnij, zrób kolejny milion rzeczy, których będziesz żałować, nie prześpij kolejnej nocy.
W radiu zapomnij o wszystkim, o czym miałaś pamietać i improwizuj. Zgiń szatanie.
Najbliższe dni to będzie czarna sesja z diabłem, jak czarna msza, jak pogrzeb.

Ciekawe tylko czyj. Aż się boję myśleć.

be my friend
h
old me, wrap me up 
unfold me
I am small
and needy
w
arm me up
a
nd breathe me

skomentuj (8)

Once upon a time. 2007-11-16 23:06:27


Dom. Bardziej niż zwykle dziś, intensywniej. Dziś nie myślę o nim, chodząc po szarej, brudnej Warszawie, dziś nie tęsknię, dziś nie kulę się cała w sobie i nie chowam twarzy w szalik, myśląc o nim.
Dziś w nim jestem. Pachnie ulubionymi naleśnikami, ciepło dochodzi do każdego zakamarka ciała, powoli rozmraża lód, który schował się w sercu, głaszcze mnie po kolcach, które wyrastają z każdej części mojego ciała, uspokaja, utula, kołysze do snu znajomymi kolorami. Mruczy Sigurem Rosem, dotyka miękkością znajomych poduszek i znajomym futrem mojego leniwego, ukochanego, domowego potwora, który zasypia trzymając łeb na moich kolanach i zabawnie pochrapuje, gdy siedzimy razem na podłodze w kuchni, pod lodówką, obok stołu, przy parapecie.

Małe dziewczynki skaczą przez skakanki, w białych lakierkach wskakują do kałuży, grają w klasy, ja chyba dorastam, boli.

Warszawa jest nieczuła i zimna jak igloo. Brak w niej emocji, nie ma osobistych zaułków, gdzie chowają się tylko Twoje wspomnienia, zawsze ktoś jest obok. Piekło dla samotnika, nie ma już gdzie uciec.

Po wyjściu z autobusu, uderza mnie cisza, miasteczko prawie śpi, nawet w środku dnia. Nikt, nie odgarnia liści z alejek, możemy się porzucać, w domu na biurku leżą kasztany, na gazecie otworzonej na felietonie Nosowskiej, ja też kocham jesień, uwiebiam, jest tak samo trudna do przetrzymania, jak ja.

Sigur coraz ciszej, kawa coraz chłodniejsza, przekładam kolejne strony, kolejnej książki, dobranoc...

skomentuj (15)

The bitter end zbiża się wielkimi krokami. 2007-04-20 20:58:09

Ostatnie metoda pozwalająca mi stanąć na nogi nie tylko z rana, ale zwłaszcza grubo po północy to "Sleeping with ghosts" i "Meds"... Mogę przypatrywać sie do woli każdemu cetymetrowi kwadratowemu mojego ciała i wskazywać, o ile mniej powinno być dnia kolejnego... To chyba taka pornogarfia muzyczna, może nawet gwałt delikatny, taki jak powierzchnia płyty kompaktowej, kolisty ruch dłoni nieuchwytny dla ucha.
A jednak.

Dwa tygodnie.




skomentuj (18)

królewna śnieżka bez siedmiu krasnoludków 2007-04-14 13:11:39


Czuję się zamknięta w te 250 angielskich słów, które zmieniam codziennie po kilka razy w zalezności od narzuconego tematu.
Wszystko mi wypada z rąk, wszystko mi ginie, kartka wrzucona do kieszeni nagle się dematerializuje, placebo w mp3, mp3 znika, znajduje się trzy dni później w kosmetyczce.
Mam totalnie rozkapryszone myśli, kręcę nosem, odwracam głowę, zero kompromisów.
Nic nie robię tylko siedzę i katuję mądre książki, a może raczej one mnie katują, bo jakoś nie możemy nawiązać zdrowej współpracy. Osiągnełam zawrotną ilość sześciu wielkich kaw na dzień, niedobrze ze mną, dziś nie wypiłam nawet jednej i zasypiam na stojąco, deficyt snu, czasu na wszystko brak, a wszystko powieksza się ilościowo w tempie zawrotnym. Za dwa tygodnie koniec roku, za trzy tygodnie matura, nieznośny stworze weź się w końcu do pracy, no weź!
Mam wrażenie, że otwierają się we mnie okna, jak biegnę na angielski obok tramwaju, na który nigdy nie mogę zdązyć, jak gubię kolejne frotki do włosów, jak włosy mi się rozsypują na wszystkie strony i jak nic przez nie nie widzę, bo zasłaniają oczy.

Przeciąg we mnie panuje przez te otwarte okna, easy to open, choć zawsze miałam z tym problemy.

skomentuj (7)

Piła tango... 2006-03-03 17:16:32


Wszystko to to taka wielka impresja, brak już pytań, bo nie ma odpowiedzi, spotykam same znaki zapytania. Jakiś chłód wchodzi między moje ręce. Jedną trzymam rzeczywistość, a drugą trzymam, a właściwie drugą trzymam się kurczowo marzeń. Ale ten chłód wszędzie włazi jak zaraza, niszczy przyjaźnie, niszczy kontakty, samoocenę. Zamarzają kolejne odcinki emocji, kryształki lodu chowają się w żyłach. Wszystko zmierza tylko w kierunku cichości i powolności. Ten chłód się nie wstydzi i szaleje, otula poranki, wypełnia południa, przyciemnia zmierzchy. Wszystko zamarza, złudzenia zamarzają, od środka powoli obrastamy w lód, jak kolejni w statystykach, co nie rozumieją innych. Gniotą papierowe skrzydła, walczymy o miejsce tej, co od życia dostała pare razy z uśmiechem w kośc. Biernie patrze jak pędzi czas. Jak rani do krwi. Ten mój czas. Antypoetyckość najwyższych wymiarów kumulowana przez brak poczucia bezpieczeństwa.
Tak jak mówiłeś. Róża dla róży, kolce dla poety.

skomentuj (34)

Gdybyś znała czas tak dobrze, jak ja... 2006-01-15 20:06:19


***W czystym zauroczeniu cichą nadzieją, w urojeniu ślepej pasji, tak oto stoję w kącie i patrzę***


Otulam się zapachem kadzideł indyjskich. Oryginalne kadzidła indyjskie pachną tak, że od razu cały świat staje się bleśnie bezzapachowy, a człowiek uświadamia sobie jak dużo traci, mieszkając w tak niepachnącej (a śmierdzącej?) części globu. Niech się schowają kadzidła indyjskie made in Poland, przy tych, które leżą na moim biurku. Szkoda, że tylko 30...
Nieznośna lekkość butów. Mam ostanio wrażenie ze unoszę się nad ziemią, wszystko tak wyraźnie słyszę, tak jaskrawo widzę, co prawda jaskrawość ta obejmuje tylko kolory, bo generalnie wzrok mi sie pogarsza, ale zawsze coś.
Teraz to zamilkłam, zaspałam, w ogóle ciągle zasypiam, np. ostatnio na chemi, w ostaniej ławce, na kaloryferze- całkiem wygodnie. ;)
No i zasypiam, wracam ze szkoły znudzona, kłade sie spać, budzę się, wtedy gdy zazwyczaj normalni ludzie już sie kładą, więc kłade się z powrotem, rano wstaję za późno, wszystko, co leży na biurku zrzucam hurtem do torby, oj jaka cięzka ta torba, nie wiem co ja tam noszę.
Poszłam na WOŚP, co czynie od lat 5, mam 5 indentyfikatorów, poszłam, jak zwykle, zbierałam pieniądze, śmiałam się, przyklejałam serduszka, i te czynności wykonując, poczułam się jednostką odrebną, samotną i świat mi się zatrząsł, serduszka upadły, a ja sama pobiegłam do szatni i wybuchnełam płaczem pierwszy raz od dawna, a potem biegłam 5 km od domu, bo nie wiedzieć czemu postanowiłam pobiec przez zalew i cmentarz (miejsce gdzie była licytacja, cmentarz i mój dom to trzy końce miasta), pobiegłam złamałam prawo (w zimie tylko do 17 przebywac tam mozna, a była chyba 21) i biegłam znowu, serce mi piszczało, ja piszczałam sama ,bo nie mogłam oddychać, w końcu usiadłam na ławce i znowu się poryczałam, jaka ze mnie beznadziejna histeryczka, tak znalazł mnie człowiek, który byłby pierwszy na liscie ludzi, na których chciałabym wywrzec wrażenie pozytywne i im zaimponować, gdybym takową liste sporządzała. (na szczęście nie sporządzam i nie planuję)
Oniemiał, oniemiałam, nie wiem kto bardziej, bo gdy go zobaczyłam to na chwile aż mi płacz odebrało, po czym wróciło ze zdwojoną siłą, oznajmiłam że złamałam chyba reke i pobiegłam dalej.
Brawo Olu za pomysłowość, brawo za to ze jesteś idiotką. Wróciłam do domu i poszłam spać, wyłaczyłam telefony, zniknełam i nie ma mnie.
Muzyka rozbija mnie na kawałki, w piątek, nie będac na matematyce, siedziałam w szatni, słuchalam Placebo i miałam ochote gryźć scianę, nie bedąc na historii, siedziałam tam znowu, słuchałam Placebo i rozwalałam tę ścianę młotkiem, a potem, nie było mnie na niemieckim, siedziałam w domu, słuchałam Placebo i udawałam, że boli mnie glowa, żeby zaraz iść spać.
ah, ach i oh.
Teraz odbieram telefony, w wakacje sama z 7 facetami ponad 1000 km od domu, na swoje urodziny ucieknę z kraju. Moralnie się rozkładam, dosłownie i w przenośni, kręgosłup się krzywi, demoralizacja następuje, mama krzyczy, tata szantażuje, a ja śpię.
Włosy już mam prawie długie, jeszcze 10 cm i już będą normalnie długie, moje pierwsze długie włosy w życiu. Farba na razie trzyma się dzielnie, chcę je znowu przefarbowac, tym razem na wściekły fiolet, w końcu miłośc nie zna granic, ale boje się straty i nie zrobię tego raczej. Chyba, że złamę kręgosłup moralny.
Za dużo czekolady, za mało kawy, za mało wysiłku, a mimo to mięśnie bolą. Od jutra się odchudzam. Niech mi się znowu świat upija jednym kieliszkiem wina, niech tańczy i śpiewa na głodzie, niech drży, ja nie ustąpie, głod jest jak narkotyk, uzależniajacy, znowu będę tańczyć na dachach, tańczyć na mostach kolejowych. ah, ach i oh!

skomentuj (16)

kto mi to powiedział, że w grudniu zawsze jest inaczej? 2005-12-24 12:32:03


Za oknem plucha, za oknem deszcz i błoto, a przecież nie tak miało być. Długo nie pisałam, coś porwało mnie i zniknęłam nie wiadomo, gdzie, na długo. Jakoś tak się rozbijałam po ścianach i wreszcie mnie przygnało. Wigilia jest jednak dniem niesamowitym. Pachnie mi cynamonem i sernikiem z kuchni, z pokoju pachnie mi choinką a ja znowu czuję się jak miała dziewczynka. Przeżywam powrót do przeszłości przy dźwiękach "trzech życzen" Firebirds. Przez dwa lata zastanawiałam się, co to za piosenka, w końcu zadzwoniłam do radia i zapytałam. I mimo wszystko zostało we mnie troche tej negatywnej energii która zamiast wyparowac chce przejąc nade mną kontrolę i zapędzić mnie do łóżka. Skuszę się, ale tylko po to zeby pomyśleć, bo święta, te moje ukochane i wyczekane, należałoby przeżyć głebiej i piękniej. Tyle :)

Życzę Wam, aby swięta stały się dla Was bliskością i spokojem, a Nowy Rok- dobrym czasem! :)

skomentuj (13)

be someone 2005-10-14 21:39:15

ULICE PRAWA LUDZIOM WYZNACZAJĄ

Tak pomyślałam ostatnio, biegnąc, tak biegnąc, prawie na złamanie karku, żeby zdążyć na tramwaj numer 6, a gdybym nie zdążyła to byłoby fatalnie, bo następny dopiero za 13 minut. W jednym ręku torba (co ja tam nosze, nie wiem, ale waży z 5 kg), w drugim ręku sweter (zdecydowanie nie powinno brać się ze mnie przykładu, bilet miałam w zębach a komórka wariowała w torbie, wcale jej nie szukałam, bo to i tak nie miałoby sensu, nie znalazłabym). Podczas tej drogi zauważyłam:
że dzieciakowi, obok budki z gazetami, wypadła z kieszeni, na chodnik, bateria R20, on tego nie zauważył i jej nie podniosł, panu, stojącemu przy dzieciaku rozwiązał się prawy but, ale też tego nie zauważył, obok mojej nogi, gdy stawiałam kolejny krok, zalśniła moneta 5 gr, ale w biegu nie podniosłam jej, pani z kiosku z gazetami trzepała przed kioskiem chodniczek, a kwiaciarka obok cmentarza układała bukiet z margerytek. Wpadam do tego tramwaju z rozwianymi włosami, szalik mi zaraz się zsunie na ziemię, wpadam prosto na panią, która patrzy na mnie z dezaprobatą, gdy przepraszam grzecznie i uciekam na tył tramwaju.
Wyciągam notes, potwarzam, przyswajam, patrze sie na litery jak na cyrylice, której nie znam, nie umiem nic. 18 minut później wypadam, przebiegam, znów biegne, zdązyłam.
Siadam na ławce, zamiast na krześle, macham nogami. Oddychanie staje sie nadludzkim problemem, kiedy się już zatrzymałam.
Po trzech godzinach już spokojnie wlokę się na przystanek 6, spokojnie w niej stoje. Po drodze wielka frappucino za cenę z 10%zniżką dla stałych klientów i wracam do domu. Rozproszona, nienauczona tak, jak powinnam byc, uciekam na dworce, chowam lodowate dłonie w za długie rękawy ukochanego czerwonego swetra, serce mi piszczy, serce mi kołacze i ja to kocham.
Patrzyć, biec, marudzić, że czasu brak, marudzić na siebie, dworce, tramwaje, nienauczenie, spanie w autobusie, notatki na rękach, kawę w za dużych ilościach, angielski, angielsko, wszystko po angielsku.

Natomiast teraz jestem chora i po angielsku czytam Harrego Pottera, słucham Lambchop, wypijam litry wiśniowej herbaty, odrabiam sobie spokojnie prace domowe zaległe, nie dowiaduje sie, co trace w szkole (bo i po co) i odpoczywam. Czasem dobrze jest byc chorym i miec możliwość spania 20 godzin na dobę :)

Optymistycznie tak jak lubie :)

skomentuj (37)

Chemiczny świat, pachnący szarością.... 2005-10-02 21:31:51


"A potem przejde przez drzwi tęczy, spotkam się z aniołami, chmurę przytulę, z niebem zatańczę i zawiruję z powietrzem!"(Ja dziś)


Kolejny dzień wyjęty z życiorysu. Przeklinam fakt, że istnieją weekendy. Nagle prace domowe robię dwa razy dłużej, a czas ucieka dwa razy szybciej. I nigdy nie mam czasu, żeby nadrobić zaległości. I to mnie wkurza, bo wyrzuty sumienia gryzą jak wściekłe, a mój głód wiedzy domaga sie zaspokojenia. I pozostaje niezaspokojony.
Marzy mi się chwila ciszy. Zatrzymanie sie. Takie po prostu TRWANIE. Np. na magistrali, wpaśc w liście i tam zostać. Usłyszeć się.
Albo przeciwnie. Jakis koncert. Żeby się wywrzeszczeć i stracić głos conajmniej na trzy dni. Wyskakać, wyszaleć, żeby potem usiąść i nie wstać, paść na nieswoje łóżko i leżeć, a rano wspominać i żyć wspomnieniami, i w chwilach kryzysu myśleć tylko o tym, co było, a nie o tym, co może być. Włożyć głowę w lodowatą wodę, wypić szklande wódki, wskoczyć do zalewu w ubraniu i pływać, przebiec 20 km... Osiągnąć fizyczny punkt krytyczny, umrzeć i narodzić sie na nowo. Kolejny wstrząs mózu, a może tydzień w bandażach, słoneczniki już głowki do ziemi spuściły, muzyka rozbija mnie na kawałki, potem scala je w jedno i rozbija znowu. Nie kocham już słońca choć ono w deficycie, mgły, deszcze, mżawki, kałuże i wełnianą odzież przeciwdepresyjną uwielbiać zaczęłam, szare dni nastały, dni podkocowe tak zwane, tylko ze czasu na koc nie ma, mnie pod kocem nie ma, a moje miejsce daleko. Dyzonans między tym co jest a tym, co powinno być zatrważający, jeszcze bardziej zatrważająca jest myśl, że to przybiera postać obłedu, ten mój strach przed dorosłością, monotonią i umieraniem za życia.

skomentuj (18)

Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem... 2005-09-24 17:05:08


...to powiedział Mickiewicz, a ja chciałabym taka być. Kolejna jesień za oknem i jak co roku obiecuję sobie, że ta będzie inna. Że zauważę ją i że będę się nią cieszyć. I jak co roku, pewnie z tych zamiarów nic mi nie wyjdzie, ale przecież się staram.
Życie kosztuje mnie wiele, brakuje czasu na wszystko. I tylko drobiazgi nagle stały się takie nieskończenie ważne. Np. jak zrywałyśmy dziś z A. jarzębinę do dekoracji szkoły... Albo jak z psowatą na spacerze, znalazłyśmy pierwszego kasztana. W marzeniach jesien jest przez cały rok, szczególnie w wakacje.

Tymczasem kolejny kubek kawy i kolejna godzina nauki przede mną.
Blog powolutku będzie budzić się do życia... Przynajmniej mam taką nadzieję.

A w głośnikach Saybia "These are the days"

skomentuj (15)

Tabliczka marzenia 2005-08-02 12:20:25


***Kiedy umiera pamięć, zaczynają mówić kamienie...***(nie wiem kto)



Pojechałam na ten woodstock i pewnie nie będę żałować. Tylko czuje sie jakos tak przeraźliwie dorosła, w zeszłym roku tak nie było... Ale w zezłym roku przecie wszystko było inne. Jeśli ktoś chce się spotkać na kostrzyńskim polu, podaję numer telefonu --> 0609517638. Jesteśmy od środy wieczór.
TU jest moje zdjęcie, może poznacie :)

skomentuj (22)

Przezimowanie. 2005-06-17 20:49:19

[wyczytane na blogu Lee]

***

1. Złap najbliższą książkę.

2. Otwórz ją na 123 stronie.

3. Znajdź piąte zdanie.

4. Opublikuj je na swoim blogu razem z tą instrukcją.

5. Nie szukaj najfajniejszej książki jaką można znaleźć. Użyj tej, która faktycznie leży najbliżej Ciebie.

***

"Czuje, że nie panuje nad twarzą, jej oczy wypełniają się łzami i pieką" Kate Moses "Przezimowanie"

Taki październikowy tydzień, pozwala duszy przypomnieć że listopad coraz bliżej. Pada letniojesienny deszcz i cały czas budzi to, co i tak we mnie żywe, czyli mój listopad.
Nadal nie potrafię się dostroić do już-prawie-lata, do atmosfery już-prawie-wakacji, polaryzacja wnętrza i zewnętrza ogarnia całe moje już-prawie-letnie spojrzenie na świat. Czuję się jak zamknięta w nawiasach, bo mój organizm coraz więcej rzeczy mi zabrania... Spycham się na dalszy plan. Po raz kolejny błogosławię fakt, że w telefonie mam muzykę, słucham jej gdy zaczyna brakować powietrza, wyjątkowo upiornie ta alergia teraz... Kabelek utrzymuje mnie przy życiu w środku kabelka Kasia Nosowska wykrzykuje swoje myśli, cała kurczę się w sobie, stroszę się, lepiej sie nie zbliżać, by za chwile Damien Rice mógł mnie obłaskawić troszke paradoksalnie swoim wulkanem. Tak ogromnie tęsknię za morzem, że tęsknota ta ogrania coraz większe połacie mojego ja. W wakacje, jak się zdenerwuje, to wsiąde w pociąg i pojadę w ciemno, bez planowania, z plecakiem i małą ilością pieniędzy. Ktoś się pisze na taką wyprawę? Za dużo się dzieje, za mało oddechu w tym wszystkim, za mało prawdy. Techonolgia jest taka brzydka, taka nieprzytulna, a ja najchętniej cofnęłabym się do czasu, kiedy 'urbanizacja' była tylko trunym słowem. Budują mi autostradę 50 metrów od domu, na razie same korzysci, bo mam idealne miejsce do biegania wieczorem (o ile jestem w stanie biegać, oczywiscie), ale gdy będą po niej pędzić śmierdzące pudełka już nie będzie tak cudownie. Ale może zdąże się już z tego miasta wyprowadzić i negatywne odczucia związane z pomysłem władz miasta ulokuję we współczuciu rodzicom, którzy tu zostaną.
Tak nie pisałam, bo zdominował mnie proces edukacyjny, na szczęscie za tydzień nastąpi w nim wyczekiwana przerwa, więc będzie częsciej, Teraz się remontuje dom, teraz się pracuje, bo kasa na woodstock potrzebna, mama dać nie chce, a ja nie moge sobie przypomnieć, skąd wytrzasnełam całe 100 zł w zeszłym roku... Teraz Mysz jest chory, a mnie wszystko boli chyba się wczułam za bardzo... Pani doktor powiedziała, że jeśli zemdleję jeszcze raz, to mama ma dzwonić po pogotowie i mam się nie wykrecać od szpitala. Bo teraz w nim nie jestem tylko dlatego, że mama jest pielęgniarką i robi mi zastrzyki, dzięki którym oddycham w miarę normalnie. Ale wcale nie jest w porządku, bo w głowie się kręci i się przewracam, a wczoraj na samej wizycie lekarskiej zemdlałam trzy razy... Wiwat alergio... Już sama nie wiem czego chcę, jak słońce to źle, bo poparzenia od razu, jak deszcz to za duza wilgotność i za duzo alergenów od razu... Eh... "Los się musi odmienić..." (Kazik się włączył... a propos... Ktoś się wybiera na koncer Kultu do Tomaszowa 28.06?)
Tak sobie myślę, może jakąś fotke tu wrzucić swą, ale podjąć decyzji nie mogę...
Ściany na zielono, sufit na żółto i czerwone meble... Może być, czy doradzacie coś innego? Póki nie jest za późno...

Ah. Polecam wszystkim Radio Aktywne szczególnie w poniedziałki od 19 do 20 i w środy w tych samych godzinach :)

Apdejt
Szpitala unikam jak ognia, bo nie umiem przezyć dnia, bez obejrzenia conajmniej pięciokrotnego teledycko do "Nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości" Pidżamy Porno... Rozczuliłam się... To chyba źle... Tak jak źle, że nucę Brodkę myjąc zęby i czesząc się rano, albo rozczesując włosy Mysza...

Mmmm... Co za róznica... ;)


skomentuj (32)

Antywiosenne twarzą w trawę. 2005-05-18 20:40:02


***Tu trzeba siły mroku, aby jaśniej widzieć miejsce, gdzie na unoszącą się w pył drogę opada sadza z podpalonej kurtyny nieba: tam wczepiają się w siebie palcami białe szosy i ubyłe słońca.*** Barańczak


Cholerna, przeklęta, mocno nasilona, obezwładniająca. Przyszła namieszała mi w majowym życiorysie i nie chce odejść. Naraża mnie na nowe wydatki (conajmniej 5 paczek chusteczek dziennie, kremy, leki i puder na plamy) i najwyraźniej jej ze mną dobrze. Najprawdopodobniej zostanie ze mną do końca sierpnia, będe do końca sierpnia chodzić jak uciekinierka z prosektorium (bo opalac sie nie moge}. Jakże się cieszę! Alergia... Moja nowa przyjaciółka.
Po drodze zaczepiamy o jakieś stare sentymenty, przytuliłabym się do mojego Mysza, ale 15 minut drogi dziś jakieś takie długie się wydaje... Bo deszcz, bo herbata gorąca, bo koc i wybór wierszy, i przekładów Barańczaka, bo moje imieniny dziś, a plany ambitnej nauki schowały się pod stół i śpią. Bo dużo kwiatów w pokoju i dwie butelki wina, którego przecież sama nie mogę wypić, bo przez leki mam strasznie słabą głowę i wszystko zaczyna się procentowo komplikować. I śpiewam pod nosem o wszystkim, co tracę, jakiś konformizm się we mnie kształtuje, ale pewnie tylko dzisiaj. Bo już ponad 24 godziny minęły od kiedy sie ostatni raz widzieliśmy, a ja tęsknie, jakby to był rok. Bo świat jakoś dziś inaczej wygląda, może dlatego, że inne włosy mam, nic mi oczu nie zasłania i nareszcie wszystko widzę? Uśmiech nareszcie naturalny, jakaś strasznie humorzasta jestem ostatnio. Ale mija, powolutku się stabilizuje, planujemy powolutku Woodstock po raz kolejny i zaliczamy kolejne sprawdziany. Z tym ostatnim ciężko, można stracić wiare w siebie... I marudzę bardzo, na szczęście taki paskudny Paskud zawsze wtedy daje mi kopa w tyłek i wracam do normy. Albo przynajmniej się staram :)

skomentuj (29)

Urwało się. 2005-04-30 22:09:34

***Siedzę w kinie mojego życia, wszystkie miejsca są zajęte.
Sam spoczywam na dostawionym krzesełku, przyszło zbyt wielu widzów.
Gaśnie światło, zaczyna się film.
Powracają wspomnienia, odżywają stare chwile.
Jakieś obce ja zagląda mi w twarz.
Widzowie na sali pękają ze śmiechu.
Powracają dawne pytania o sens życia i śmierci.
Wtedy nie znałem na nie odpowiedzi, dziś ją znam.
Wciąż nie wiem po co żyję, mam tylko nadzieję że umrę szybko
Ten film pokazuję moją śmierć, nareszcie i ja mogę się uśmiechnąć.
Lecz wtedy tysiąc oczu odwraca się od ekranu i spogląda na mnie z przerażeniem.***
Lacrimosa


I doszłam do tego, że samotność to żadne bohaterstwo. Najwygodniejsza jest, przytulna i ciepła, jak mój kocyk w pomarańczowe kropki, który widzę w każdym skojarzeniu z odpoczynkiem i spokojem. Mam swoje ideały do przytulania w nocy, mam pozory do chodzenia z nimi za rękę w dzień i było mi tak dobrze. Oddawałam się w cudze ręce z rozkoszą, każdy dostawał coś, weź swoje i podaj dalej. Instalowałam się sama każdego dnia, coś się psuło, reset, scan-my-psyche, 100% powierzchni mózgu w porządku, defragmentujemy życiorys i proszę bardzo, jestem jak nowa. Uśmiechnięta i w ogóle. Kawa z cytryną, pełen słoik słonych wspomnień jak u Fisza. Charakter chwiejny znowu stoi na piedestale a równowaga emocjonalna pojechała na urlop. Włosy obcięłam, miłość wyznałam, nie zjadłam obiadu i wykorzystałam kuzyna. Niedobrze.
Czas by było dojść do jakiś wniosków bo przecież nie lubię siebie w takim nastroju. Czas by było przestać się mazać tylko zacząć zmieniać swoje życie. A czekolada przygnębiła mnie jeszcze bardziej, to pewnie wina wiosennego przesilenia... Zamordowałam dziś swoje dziecinne marzenia z sadyzmem brutalnego oprawcy. Nie zdawałam sobie sprawy, że do włosa, na którym wisiało moje życie dodawałam systematycznie kolejne odważniki. Dziś dodałam o jeden za dużo i się urwało. I próżnia jest, a życia nie ma tylko vegeta(cja). I wcale nie smakuje dobrze. Siedząc po turecku na środku ulicy zrozumiałam dziś, że nie umiem żyć, bo wszystko co robię, to nie są kroki i decyzje człowieka odpowiedzialnego, tylko czyny tchórza, który próbuje się światem opatulić jak ciepłą, bezpieczną otuliną. Rzeczy się zmieniają, ale naprawdę nic się nie zmienia. (Król umarł, niech żyje król?) Kiedy stanęłam na krawędzi swoich możliwości edukacyjnych-w-byciu-dobrą-córką-kochaną-dziewczyną-grzeczną-wnuczną, dowiedziałam się, że wszyscy się starają dla mnie, a ja nie robię nic. I to mnie pociągnie w przepaść, bo jestem straszną egoistką, biore wszystko na tacy i sama wcale się nie staram. Nie uczę się wcale, jestem wyrodne, wulgarne dziecko, nie ufam, kompletnie zapomniałam drogę na drugie piętro własnego domu!

Przystopowało mnie. Zauważyłam, że notki optymistyczne i krótkie są komentowane znacznie częsciej, niż takie jak ta. Trudno, nie będę niczego udawać.

skomentuj (28)

Kiedyś może zakwitnę i ja... 2005-04-17 13:49:36


***Żywot ludzki błądzi, gubi się, nie potrafi się odnaleźć.***


Słońce zaświeciło brutalnie i wdarło się do okopów zbutowanych moimi ponurymi, od pewnego czasu, myślami. Zrobiło się ciepło na zewnątrz, mnie też się ociepliło. Naprawdę można dostać cholery, kiedy od tygodnia leży się w łóżku i gapi w rozkwitające kwiaty na drzewie za oknem. Temperatura moich emocji skrajnych sięgała więc zenitu, a ja sama dawałam upust swej wściekłości wrzeszcząc na moje, Bogu ducha winne, otoczenie. Nadrobiłam zaległości czytelczniczo - muzyczne, a teraz zastanawiam się, jak nadrobić zaległości naukowe. Trudno jest zabrać się do pracy mając za oknem pogodę wymarzoną na spacer i gorączkę 38 stopni. Siedzę i planuję, jak tu zreformować moje życie, aby stało się bardziej enviromentally friendly i dla mnie samej też. Mam nadzieję, że skutki moich reform nie będą tak opłakane jak np. skutki reformy oświaty (tak tak, marudzę niedługo to ja będę odczuwać je na własnej skórze, zdając jakieś wiariacje potocznie zwane maturą przez 72 dni...). Od kilku tygodni żywię się wampirycznymi żelkami i krwistym kefirem tj. zmieszanym z sokiem pomidorowym. Nowy wymiar gotyckości osiągnęłam, dośc specyficzny bo na słowo "mroczny" dostaję odruchów wymiotnych, a czerń nagle stała się dla mnie za gęsta. Pociągają za sznurki klimaty rasta, a dźwięki pozytywki kołyszą do snu. Dziś wybieram rozwiązania skrajne i z łóżka idę na spacer po mieście. Wóz, albo przewóz, nie wiem ile można leżeć niemal bez przerwy, dla mnie 9 dni to dawka uderzeniowa. Żebym tylko się nie przewiozła.
A tak ogólnie to chyba pierwszy raz w życiu cieszę się, że przyszła wiosna. :)

skomentuj (43)

We design a fate? 2005-03-29 20:54:31

***Kto wygrywa? Co znaczy wygrać? Najlepszy sposób, żeby przegrać, to wiedzieć, że musi się wygrać.***Wharton


To poważna sprawa, nie napisałam nowej notki od ponad miesiąca. W łeb wzieły moje starania co do bycia systematyczną. Wszystko wzięło. Zaczęło się niewinnie.
Środa.
Idzie sonie panna Damroka ulicą, nagle napada na nią jakieś bydlę, ma wielką ochote, żeby ją udusić, ale panna Damroka gryzie delikwenta w ręke, kopie w kość piszczelową po czy wali łokciem w oko, wyrywa się i ucieka. Delikwent optymistycznie stwierdza, że pannę Damrokę "zapier****". Panna Damroka, zszokowana i roztrzęsiona, uświadamia sobie, że może biegać szybko (wcześniej nie mogła ze względu na kontuzję kolana). Jakże pięknie, jakże polsko...

Nic się nie stało! Nie śpię, nie jem, nie płaczę, nie krzyczę. Wszystko dzieje się obok.
Czwartek.
Jednak we mnie też się coś dzieje. Na lekcji polskiego nie potrafię opanować łez, wychodze z klasy i mdleje. Kareka, szpital, zastrzyków dziesiątki i innych atrakcji. Przyjaciółki płaczą, mama krzyczy.

Nic się nie stało! Ręka boli niemiłosiernie. Nie jem, nie śpię, już nie płaczę, nie krzyczę.
Piątek.
Nie ide do szkoły. Śpię do 11, słucham radia, jestem otumianiona lekami, leżę godzinami i gapię się w kropkę na suficie.

Potem następuje seria dni niemalże identycznych. Uśmiechy, pytania, rękawiczki. Nie ma mnie. Nic się nie stało!

Środa.
Festiwal Miniatur Teatralnych. Napisałam scenariusz, pomagałam w reżyserii sztuki, grałam jedną z ról. Stres, czy wszystko będzie dobrze. Czy się nie posypie. Występ. Kilkaset wpatrzonych oczu.

Wracam do domu, kładę się i natychmiast popadam w otępienie.
Czwartek.
Nie potrafię wstać rano z łóżka, mówię, że źle się czuję. Przyjaciele, zaniepokojeni moją nieobecnością w szkole, urywają się z lekcji i przychodzą.

Nic do mnie nie dociera.
Piątek.
"Mana" zdobywa trzecie miejsce na festiwalu miniatur teatralnych. Dostajemy też 1 miejsce w kategorii programu sztuki i plakatu reklamowego oraz wyróznienie dla aktora, grającego główną postać.

Cieszę się. Jednocześnie zauważam, że to pierwsze normalne uczucie od jakiegoś czasu.

Potem pustka. Bez reszty już potarganie. Możnaby mi zabrać wszystko, ale na moje myśli nie ma sposobu. Wszędzie mnie znajdą i wywloką nawet z największej radości. Mogłabym się zakochać, teoretycznie, ale wolę śmiać się w głos z jakiś sztywnych zasad. Ja już jestem sama, mogę stawkę swojego życia przebijać. Wcale nie marne, wcale nie odrzuce. Nie ma i nie będzie mojego portetu bo byłam zła a jestem głupia. Patrzę na wszystko i jest jasno, klarownie i jest strasznie. Leże na podłodze i na suficie mam życie. Patrzę na nie przez lornetkę ze szkła i nie jest mi dobrze. Wcale nie wolność, a też tragiczna. Ale niech będzie błogosławiony ten dzień. Bo kolejny.
Ponieważ nie potrafię robić nic konkretnego, przeglądam bezmyślnie kartki ksiązki telefonicznej.

"Książka telefoniczna nie zawiera słodkich tajemnic życia jej bohaterów, jego chemicznych wydzielin, bogiń miłości, alchemików, narkotyków, ekstazy, astrologów, doświadczeń, wizji proroczych, zabawy, śmiechu, ciepłej ręki… Gdzie je wszystkie odnajdziemy?" Piotr


Nie wiem, czy w ogóle można je odnaleźć.
To jest dopiero emocjonalny ekshibicjonizm.



skomentuj (28)

Nieobojętność. 2005-02-20 13:20:44


***Stańcie się tymi, którzy przechodzą mimo***Pratchett


Zabulogtało. Zawrzało. Na około zrobiło się gorąco i gęsto od pary. Pomyślałam chwilę, by upewnić się, że to nie wymysł mojej z lekka wybujałej wyobraźni. Ale nie. Terroryzm uczuciowy szeroko rozwinięty, nie u mnie na szczęście, ale na nieszczęście w pobliżu, a ja wrażliwa. Propagowanie niskiego procentu zawartości człowieczeństwa w człowieku, nowa moda współczesna, czy jak, znowu wyszło, że nie jestem na czasie. Podburzył się światopogląd i jedna z opini, że ludzie to moje lustro. Bo jeśli ja taka jestem, to dziękuję i idę się powiesić. Nie chce wchodzić w autoanalizę teraz, bo myślenie me bardzo nieskładne i monotematyczne, ale może jednak jest jeszcze jakaś nadzieja na zmiany. A może jestem naiwna. Sami sobie urządzamy nasz świat i musimy ponosić za niego konsekwencje, co z tego, że gdzieś strzelają śmiercią z karabinów, że gdzieś śmiercią atakują, skoro my sami siebie też atakujemy nieśmiertelnie, ale i tak celnie, boleśnie. Nie żądam też emancypacji, ale miłe byłoby jakieś kulturalne zachowanie. Nie wiem jak inni, ja mistrzynią savoir vivru nie jestem, chociaż bardzo się staram, może przesadzam trochę? Wcale nie chcę ideałów, ale może czasem wartoby poanalizować trochę własne i innych postawy, zachowania. Odnzaczam się spostrzegawczością i zmysłem obserwacji, zawsze sobie to chwaliłam, ale teraz... Życie udeptuje mój świat, ludzie udeptują mój świat, niedługo nic nie zostanie, co gorsze, powolna śmierć na skutek wypalenia nadziei, czy może szybki strzał?
Przyczyna napisania powyższych linijek:

"Chodź ku***, załapiemy sie na jakieś ściepy!"- powiedziane przez jakiegoś Romea do jego Julii na głos, w kościele podczas Eucharystii.

skomentuj (44)

Już zauważam zmiany... 2005-02-13 12:48:21

***Czas leci, rzeczy wykluwa, dojrzewa***(Ktoś Kiedyś)


Witam serdecznie z Krainy Kataru! Przepraszam. Wybaczcie, że nic ostatnio nie piszę, ale nie czuję potrzeby. Albo inaczej. Czuję wręcz dominującą potrzebę, by nie pisać.
Moje jestestwo osiąga nowy, nie wiem czy lepszy wymiar, ale wymiar wyspany. To już dla mnie dużo, doceniam podwójnie. Z niepojętym (i niepokojącym!) entuzjazmem oddaję się czynnościom, delikatnie mówiąc, bezcelowym i bezsensownym. Takim zupełnie bezowocnym i- co za ulga!- kompletnie odmóżdżającym- zero myślenia, zero zaangażowania umysłu. Zero życia na wysokich obrotach wszystko powoli, ze wszystkim zdąże. Umiejętność dialogu powoli we mnie zanika, milczeniem zbywam kolejne sprawy z czystego lenistwa, a co, jak odpoczywać, to odpoczywać. Za oknem estetyczna porażka Zimy, jezioro albo rzeka (niepotrzebne skreślić), a zimno, ukochany kubek z gorącą herbatą dla rozgrzania dłoni, lubię sąsiadów budzić waleniem w bęben. Zamierzam przynajmniej dwa dni przespać w całości, zakopana pod kocem, zupełnie nie zważając, że życie się toczy. Kolejne stosy książek pod łózkiem, kolejne listy wrzucane do skrzynek, telefony odbieram, choć nie wiem jak długo, odpisuje na maile i chodze na spacery z psem. Ten katar właśnie dzięki pieskowi memu, bo sie spaceru zachciało podczas śnieżycy i za oknem -5. ("Nie kocham Cię już.") I gdybym nie uległa błagalnemu spojrzeniu i trzymaniu smyczy w pysku to pewnie nie miałabym teraz kataru. Chociaż bez różnicy czy mam czy nie mam. Ciepły głos Kasi N. topi kolejne sople, zielone spodnie mam i żółte sznurówki przy zielonych butach, nadziejnie się zrobiło, w przyszłość patrzę i nie wyję z rozpaczy. To chyba największa ze zmian i najbardziej optymistyczna.

skomentuj (31)

Trochę trywialna nierealność, czyli syndrom niepogodzenia po prostu. 2005-01-30 17:48:45


***Przeszłość zachowana w pamięci staje się częścią teraźniejszości.***(Kotarbiński)



Chodzę i śpię. Właściwie to snuję się po domu bez celu, z chusteczkami w ręku i Neoanginem w kieszeni. W niebieskich spodniach od dresu i porozciąganym swetrze. Przepięknie wyglądam. Księżyc to cholerny lunatyk, a ja razem z nim. Gdyby Księżyc był mężczyzną, byłby to najwierniejszy mężczyzna na świecie.
Myślenie ograniczone do minimum, jakoś automatycznie lepię sobie dzbanuszki z gliny, jakoś automatycznie wywalam kolejne piosenki z playlisty, jakoś otulam się grubym kocem, bo chcę się pod nim schować przed całym światem, automatycznie powtarzając do słuchawki, że jest w porządku. Najkrócej tak.
Głos moj przypomina wycie rozczarowanego sępa, który za późno odnalazł zdechłego osła. Ulubiony kolega z klasy systematycznie zabiera mi notatki, żebym nie miała wyrzutów sumienia, że się nie uczę. Tak naprawdę, żeby w mojej szkole radzić sobie nieźle, nie trzeba być urodzonym sadomasochistą. Ale to się bardzo przydaje!
Czas przecieka mi przez palce, na co patrzę ze spokojem starej indianki i biernością, którą zaobserwować mogę jedynie u siebie samej czasem.
Staram się wierzyć jedynie w to, że przeznaczenie ma jakieś sposoby realizacji swoich planów. Bo do współpracy nieskora jestem, wręcz utrudniam mu całą sprawę.
I czytam Wiśniewskiego. Po raz kolejny. Oddycham nim, tak jak oddycham malinową herbatą i głosem Skin. Wiśniewski jest kobietą. Za dobrze się rozumiemy.
Mój umysł przypomina teraz wypoczynkową miejscowość w górach. Jest cholernie zatłoczona o tej porze roku, trochę opuszczona jesienią, wiosną i latem. Czasem rozumiem siebie jesienią. Chodzę sobie między pustymi uliczkami. I próbuję przywołać wspomnienia z innych pór roku. Po raz pierwszy zauważam odrapany stary kiosk na rogu ulicy, obok którego tak naprawdę przechodzę cztery razy na dzień, pełen skondensowanych informacji o wszystkim. Po raz pierwszy patrzę gdzie idę, oglądam wystawy sklepów, patrzę na drzewa w parku miejskim.
I tylko gór mi tu brakuje.
Wezmę kiedyś swoje góry i je tu przyniosę. Klimat chyba by im odpowiadał.
Mnie odpowiadałaby ich obecność.
To jak obecność tej butelki po winie za łóżkiem.
Cała masa chwil. Słońce mi wpadło kiedyś do oka i teraz tam mieszka, teraz nawet kiedy chce mi się płakać to moje oczy się świecą radośnie i wszędzie zamiast ponurej szarości jest jasno. Potrzebuje ktoś światła?

skomentuj (44)
Księga Gości